21 września 2016

moje sposoby na ubrania ciążowe

moje sposoby na ubrania ciążowe

Zdaję sobie sprawę z tego, że każda kobieta jest inna, każda przechodzi inaczej ciążę, ciało w przypadku każdej z nas może się różnie zmieniać. Piszę ze swojej perspektywy, o swoim wyglądzie i ciąży, w której byłam od września do maja. W związku z tym traktujcie proszę ten wpis jako luźną inspirację :)


Gdzie jest moja talia?

Wyglądasz kwitnąco, promieniejesz, jaki piękny brzuszek! Zakładam, że każda kobieta w ciąży słyszy podobne rzeczy. I bardzo dobrze! Bo wraz z rosnącym brzuszkiem wzrasta zapotrzebowanie na komplementy :) Przez te 9 miesięcy ewoluowało w moim życiu wiele - nie tylko ciało, ale też upodobania kulinarne, samopoczucie, priorytety. Jednak kwestia podejścia do mojego codziennego wyglądu pozostała bez zmian. Cały czas chciałam czuć się ze sobą dobrze, dbać o siebie i po prostu wyglądać ładnie.

Rysunek pani w ciąży: etsy.com

Przez pierwsze 5 miesięcy moja figura niekoniecznie zdradzała, że w środku siedzi mały człowieczek. Przełom nastąpił w 6 miesiącu, kiedy wielkość brzucha zaczęła ujawniać, że coś jest na rzeczy. Ale chyba nie był jeszcze tak duży, bo podczas zakupów w drogerii sympatyczna kasjerka powiedziała: Gdyby nie te kosmetyki, które pani kupuje pomyślałabym, że przed chwilą objadła się pani w McDonaldzie ;) W sumie mogę stwierdzić, że w moim przypadku dopiero ostatni trymestr stał się wyzwaniem, również tym ubraniowym. I wtedy nadszedł moment na zadanie sobie fundamentalnych, ciążowych pytań. Co się stało z moją talią? I biodrami? A nogi, którym wcześniej było bliżej do patyków niż serdelków? I to wszystko trzeba jeszcze jakoś ubrać...

W sklepach znajdziecie dosłownie wszystko dla kobiet w ciąży - dedykowane spodnie, bluzki, koszule, sukienki, bieliznę... Nie ma żadnego problemu, żeby kupić  piękne ubrania podkreślające urodę coraz bardziej okrągłego brzuszka. Ale czy warto zmieniać garderobę na te kilka miesięcy? Moim zdaniem nie! W końcu to tylko stan przejściowy, który naprawdę trwa chwilkę :)


Kupić albo nie kupić - oto jest pytanie

Rewolucji w garderobie uniknęłam, ale przy okazji ciąży kilka nowych rzeczy trafiło do mojej szafy. Myślę, że jednak zachowałam zdrowy rozsądek, bo nie ma tego wcale tak dużo. Poza tym wszystkich tych rzeczy używam także teraz. Z jednym wyjątkiem, od którego zacznę moją wyliczankę.
  1. Spodnie ciążowe, czyli jedyny stricte ciążowy zakup. Z perspektywy czasu uznaję go za zupełnie zbędny. Czarne rurki z rozciągliwym pasem kupiłam mniej więcej w połowie 5 miesiąca i... nie lubiłam ich nosić. Pewnie była to głównie kwestia materiału, który szybko zrobił się workowaty, czego nie cierpię (a spodnie nie były tanie, kosztowały 150 zł!). Poza tym znalazłam alternatywę dla takich spodni, o czym za chwilkę. 
  2. Dwie pary bawełnianych legginsów - czarne, proste legginsy bez żadnych ozdób, kieszonek itp. To chyba jedna z najwygodniejszych rzeczy na świecie, dlatego będąc w ciąży pozwoliłam sobie na nie, chociaż na co dzień noszę je wyłącznie w domu. Legginsy akceptuję tylko w połączeniu z górami zakrywającymi pupę, dlatego kupiłam...
  3. Dwa długie, dość szerokie t-shirty bawełniane, w kolorach czarnym i szarym oraz...
  4. Topy na grubych ramiączkach, biały i szary, również bardzo długie.
  5. Buty New Balance 574 Beach Cruiser, z których jestem bardzo, bardzo zadowolona. No i w końcu na własnych stopach przekonałam się na czym polega fenomen tej marki.
  6. Kurtka puchówka, taka prawdziwa, z porządnym wypełnieniem (70% puch, 30% pióra). Już dawno powinnam sobie sprawić takie zimowe okrycie, ale dopiero ciąża była impulsem do dokonania tego dość kosztownego zakupu. Nie chciałam narażać się na przeziębienie i faktycznie całą zimę udało mi się go uniknąć. Szczerze polecam Wam puchówki, moim zdaniem nie ma lepszej opcji na mróz. I szukajcie na przecenach! Ja swoją dorwałam na przecenie już w listopadzie!

Stylizacje na okrągło

Przez całą ciążę, nawet w ostatnim trymestrze bazowałam na swoich zwykłych ubraniach. Kiedy spodnie zaczęły robić się trochę za ciasne w pasie, to stosowałam słynny trik z gumką recepturką jako przedłużką. Potem przerzuciłam się na wspomniane legginsy, a dla moich ukochanych jeansów rurek znalazłam alternatywę w postaci jegginsów noszonych pod brzuchem. Z porodem zdążyłam przed upałami, dlatego nie mam doświadczenia w letnich ciążowych stylizacjach. Myślę jednak, że świetnie sprawdziłyby się moje spódnice maxi z gumką w pasie.

Źródło zdjęć: buzzfeed.com

Na górę zakładałam najczęściej coś dopasowanego, bo z podkreślonym brzuszkiem czułam się najlepiej. Nosiłam głównie bawełniane koszulki czy bluzki z domieszką elastanu. Nic się z nimi nie stało, w ogóle się nie porozciągały, a zakładałam je nawet w ostatnich dniach ciąży (oczywiście muszą być troszkę dłuższe). Świetnie sprawdziło się też ubieranie warstwowe, czyli t-shirt lub bokserka plus kardigan, marynarka czy rozpięta koszula. No i oczywiście jedna z najważniejszych rzeczy - buty. Najchętniej wybierałam wspomniane New Balance, trampki, baleriny i botki na płaskim obcasie. Bez wygodnych butów ani rusz!

Poniżej dwie przykładowe stylizacje z okresu ciąży - sportowa i elegancka. Prawda, że wcale nie wyglądają ciążowo? ;)

Czarne legginsy, długi szary top na ramiączkach, długi buraczkowy kardigan, New Balance 574, torba-worek

Marmurkowe jegginsy, biały dopasowany t-shirt, czarna marynarka, płaskie botki, duży shopper


Wystarczy, że szaleją hormony

Myślę, że ciąża nie jest najlepszym czasem na zakupowe szaleństwo. Pamiętajcie, że to naprawdę tylko kilka miesięcy. A jeśli nie przytyjecie ponad przyjęte normy, to nie powinniście mieć problemów z doborem garderoby i powrotem do wagi po porodzie. Jako podsumowanie mam dla Was kilka prostych rad jak sobie poradzić z ubraniem brzuszka :)

  1. Nie kupujcie żadnych ciążowych ubrań dopóki nie stwierdzicie, że są Wam faktycznie niezbędne. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to na pewno zdążycie pójść do sklepu i coś znaleźć. Ale najpierw zacznijcie od...
  2. ... własnej szafy :) Czy naprawdę wszystko jest za małe? A może na dnie szafy macie coś, o czym zapomniałyście, np. tunikę odcinaną pod biustem albo luźniejszą koszulę?
  3. Jeśli okaże się, że zakupy to opcja konieczna - na początku udajcie się do secondhandu. Jest duża szansa, że znajdziecie coś odpowiedniego i to za niską cenę. Nie będzie więc Wam szkoda, jeśli ubranie posłuży tylko przez kilka miesięcy.
  4. Ciążowe ubrania są zwykle droższe, więc w sieciówkach spróbujcie przymierzyć zwykłe ubrania, ale w większych rozmiarach lub o kroju oversize.
  5. Jeśli nie macie naprawdę wygodnych butów, to to jest pierwsza rzecz, o jakiej bym pomyślała. Polecam szczególnie te sportowe - przydadzą się zarówno w ciąży, jak i podczas spacerów z maluszkiem.
  6. Na prawdziwe szaleństwo pozwoliłabym sobie w przypadku wyjątkowej okazji. Jesteś w ciąży i wybierasz się na wesele? Kup sobie fajną, ciążową sukienkę! Z brzuszkiem czy bez, masz czuć się piękna! ;)

Mój brzuszek jakieś 5 miesięcy temu, czyli w 35 tygodniu ciąży

Macie swoje patenty na ciążowe ubrania?


Pozdrawiam bez brzuszka ;)
Ania

Obrazek głównej grafiki: freepik.com

14 września 2016

oficjalna premiera naszej książki!

oficjalna premiera naszej książki!

Jupi, w końcu nadszedł! Długo oczekiwany dzień oficjalnej premiery Wielkiej księgi inspiracji :) Od dzisiaj naszą książkę możecie kupić na stronie internetowej Empiku oraz stacjonarnie w salonach. Wspominałyśmy o niej już na blogu - jeśli jeszcze nie widzieliście tych postów, to serdecznie zapraszam :) Tutaj znajdziecie zapowiedź książki i wszystkie niezbędne informacje, a w tym wpisie przedstawiłam Wam historię powstania Wielkiej księgi inspiracji i kulisy tworzenia materiału. 

Dzisiaj mam dla Was małe zdjęciowe podsumowanie prac nad książką, czyli przepis na stworzenie Wielkiej księgi inspiracji ;)



Dziesiątki godzin codziennej, intensywnej pracy...



...ogrom kreatywności, dużo serca, całe pokłady energii ...



...30 różnych, dokładnie przemyślanych i dobranych stylizacji...



...kilkadziesiąt wieczorów obrabiania zdjęć i pisania tekstów.



I gotowe! Piękna, świeżutka, pełna projektów DIY - Wielka księga inspiracji.



Mój własny egzemplarz Wielkiej księgi inspiracji mam już na swojej półce. Przeglądałam, dotykałam i jestem bardzo zadowolona z ostatecznego, drukowanego efektu naszej pracy. Z czystym sercem polecam Wam naszą książkę i zachęcam wszystkich, którzy kochają DIY do odwiedzenia Empiku. 
PS Pierwszemu i mojemu najważniejszemu czytelnikowi książka zdecydowanie przypadła do gustu :) 



Premierowe pozdrowienia!
Ania

10 września 2016

dwa pomysły na kanapki w stylu włoskim

dwa pomysły na kanapki w stylu włoskim


Niezawodna opcja na drugie śniadanie. Szkolna klasyka, sprawdzony towarzysz wycieczek, skuteczna przekąska w walce z małym głodem. Dla mnie idealna w połączeniu z ciepłą herbatą, najlepiej zieloną. Prosta, zwyczajna, wręcz banalna - kanapka. Kanapki jem praktycznie codziennie, dlatego staram się kombinować z ich składnikami i wychodzić poza utarte, serowo-szynkowe schematy :) Dzisiaj mam dla Was dwie propozycje, których podstawą są włoskie produkty. Dla każdego coś miłego - jedna jest wytrawna, a druga na słodko.


Włoski burger

Składniki: ciabatta (moja jest ciemna), ser mozzarella, rukola, suszone pomidory, czarne oliwki

Wykonanie: Najprostsze na świecie ;) Mozzarellę kroicie w plasterki, pomidory na małe kawałeczki, a oliwki na pół. Kolejne składniki układacie warstwami, przykrywając wszystko całymi listkami rukoli. Jeśli macie ochotę, masło możecie zastąpić kilkoma kroplami oliwy np. ze słoiczka z pomidorami suszonymi.




Pełnoziarnista figa

Składniki: dwie kromki chleba żytniego z ziarnami, figa, ser ricotta, miód, pestki słonecznika

Wykonanie: Pestki słonecznika prażycie na patelni, figę kroicie w plasterki. Jedną kromkę smarujecie serkiem, a drugą miodem. Na obu układacie pokrojoną figę i całość posypujecie słonecznikiem. Jest jeszcze opcja alternatywna ;) Obie kromki możecie posmarować ricottą, a miód wykorzystać jako słodki sosik. 




Omnomnom, bardzo lubię obie wersje. A Wy kombinujecie z różnymi dodatkami do kanapek?

Smacznego weekendu!
Ania :)

7 września 2016

pierwszy "pokoik" mojego synka

pierwszy "pokoik" mojego synka

Nieco ponad trzy miesiące temu w naszej sypialni pojawił się mały lokator. Bez problemu objął w posiadanie prawie pół pokoju, nam zostawiając jedynie łóżko. Bo dostał swoje własne, malutkie. I miejsce na swoje malutkie rzeczy. Dużo, dużo malutkich rzeczy. Pośród nich, w samym sercu niemowlęcego kącika mieszka właśnie ten cudny powód całego zamieszania. Najważniejszy, najukochańszy, malutki On - Julek.

Nie wyobrażam sobie innego rozwiązania niż spanie z niemowlakiem w jednym pokoju. Pokonywanie w nocy więcej niż dwóch kroków do głodnego malucha nie wchodzi w grę. Spanie razem w łóżku też odpada, z dwóch powodów. Po pierwsze chciałam, żeby Julek od początku uczył się, że noce spędzamy w swoich własnych łóżkach. A po drugie chyba żyłabym w wiecznym strachu przed możliwością... przygniecenia mojego dziecka we śnie (brrr!). Dlatego kilka tygodni przed narodzinami Julka przygotowaliśmy dla niego miejsce.

A tak było przed pojawieniem się Julka...


Wielkich zmian nie było, wystarczyło wynieść moje ubrania i znaleźć dla nich miejsce w drugim pokoju. Opróżniłam komodę, a zamiast dużego wieszaka pojawiło się łóżeczko. Zdecydowaliśmy się na proste, białe, pasujące do wystroju sypialni łóżeczko z Ikei. Pozbawione jest ono jakichkolwiek bajerów typu zdejmowany bok czy dolne szuflady. Po prostu zwyczajne, ładne łóżeczko. Ustawiliśmy je pod ścianą, optymalnie w stosunku do okna i kaloryfera. Poza funkcją spania pełni drugą, bardzo ważną - przewijania. Dlatego jego dodatkowymi elementami są dwie rzeczy: nakładany przewijak (według mnie niezbędny!) oraz organizer, w którym trzymam pieluszki. Do jednego z boków przyczepiona jest karuzela, a spod materaca wychodzi ozdobna falbanka. 



Obok łóżeczka stoi wcześniej wspomniana komoda, w której trzymam wszystkie rzeczy Julka. Ma ona trzy dość pojemne szuflady oraz szeroki blat, na którym stoi to, co zawsze muszę mieć pod ręką. Myślę, że zawartości komody i jej organizacji poświęcę osobny wpis. W drugiej części kącika znajdują się duże kartony służące jako magazyn rzeczy na zapas oraz wanienka na stelażu. No i nie zapominajmy o mało atrakcyjnym, ale jakże ważnym przedmiocie - koszu na śmieci. Jest to najzwyklejszy, mały kosz na najzwyklejsze, małe worki.



Nie zmienialiśmy wystroju sypialni, chcieliśmy jednak zaznaczyć, że jej część należy do małego człowieka. Dlatego biel i szarość zostały uzupełnione przez kilka akcentów kolorystycznych. Nad łóżeczkiem pojawiły się obrazki ze słodkimi zwierzątkami oraz girlanda z materiałowych trójkątów. Ścianę zdobi również sznur cotton ball lights, który świetnie sprawdza się jako lampka podczas nocnego karmienia. Obok białego i szarego pojawiły się głównie kolory żółty i niebieski.


I tak to właśnie wygląda: prosto, skromnie, bez większych szaleństw :) Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Spodziewajcie się wkrótce kolejnych "mamusiowych" postów!

Urocze pozdrowienia!
Ania

2 września 2016

malowanie pasów na ścianie - tutorial

malowanie pasów na ścianie - tutorial


Wiecie jak to jest zaczynać od planu kupienia komody, a kończyć na całkowitej zmianie wystroju pokoju?  Hmm skoro będziemy mieć nową komodę, to kupmy jeszcze szafę i  półkę. I nowa lampa by sie przydała. I karnisze, bo nie pasują ani do nowych mebli ani do lampy. Ach, trzeba będzie przesunąć kanapę i przestawić stół. No i oczywiście malujemy ściany. Na szaro. Ooooo, wpadłam na świetny pomysł! Paski! Zróbmy szerokie, biało-szare pasy na ścianie, o tej. Będzie pięknie :)

Perspektywa małego remontu spotkała się z dość ciepłym przyjęciem. Nie przesadnie entuzjastycznym, ale było ok :) Najpierw szło całkiem gładko - mój tata i mąż, wykonawcy całego przedsięwzięcia, podchodzili do sprawy dość przychylnie. Dopóki nie wspomniałam o paskach. Wtedy obu panom miny zrzedły. Malować pasy? Ile to dodatkowej roboty, ile czasu... Czy to w ogóle będzie dobrze wyglądało..?

Na krótkim narzekaniu się jednak skończyło, bo moi kochani malarze nie mieli wyjścia.  Te kilka miesięcy temu funkcjonowałam jeszcze w dwupaku, a jak wiadomo - kobiecie w ciąży się nie odmawia :) Koniec końców poszło szybko, sprawnie i efekt wszystkich zadowolił, a nawet przerósł oczekiwania.

Zanim przejdę do tutorialu, to wspomnę, że pasy zdobią tylko jedną ze ścian. Pozostałe trzy zostały pomalowane kolorem szarym, a pod sufitem znajduje się kilkucentymetrowy biały pas.

A teraz zapraszam na tutorial - malowanie pasów na ścianie krok po kroku!


Potrzebne materiały:
  • farba do ścian (ewentualnie dwie, jeśli chcecie zmienić także bazowy kolor ściany)
  • wałek malarski, kuweta do farb
  • taśma malarska
  • ołówek stolarski
  • miarka
  • poziomica
  • łata budowlana (nie jest konieczna, ale ułatwi pracę)



Wykonanie:
  1. Zmierzcie wysokość ściany. Może to być wysokość od listwy przypodłogowej do samego sufitu lub, tak jak w naszym przypadku, do dolnej krawędzi białego pasa pod sufitem. Uzyskany wynik podzielcie na kilka równych części - ich liczba powinna być nieparzysta, jeśli jeden z używanych przez Was kolorów jest taki sam jak kolor sufitu (pasy znajdujące się najniżej i najwyżej powinny mieć inny kolor niż sufit). U nas wysokość ściany to 236 cm, które podzieliliśmy na 9 części, ponieważ zależało nam na dość szerokich pasach. Każdy pas powinien mieć więc 26,2 cm. Biorąc pod uwagę, że po przecinku były tylko 2 mm, postanowiliśmy zaokrąglić szerokość do 26 cm, a pozostałą nadwyżkę "wrzucić" w pas znajdujący się nad podłogą - dodatkowe 1,6 cm nie rzuca się w oczy ;)
  2. Przy pomocy miarki zaznaczcie punkciki oddalone od siebie o wyliczoną liczbę centymetrów (w naszym przypadku 26 cm). Jeśli podobnie jak my nie zamierzacie być superdokładni co do milimetra, to zacznijcie odmierzanie od góry.
  3. Przykładając poziomicę na wysokości kolejnych punkcików zaznaczcie krawędzie pasów. Tutaj może przydać się łata budowlana, dzięki której sprawniej narysujecie dłuższe fragmenty krawędzi (łatwiej będzie Wam zachować poziom).
  4. Wzdłuż narysowanych linii przyklejcie taśmę malarską. Musicie trzymać się dwóch zasad. Po pierwsze - taśmę przyklejacie raz nad narysowaną linią, a raz pod nią. Chodzi o to, żeby wszystkie paski taśmy znajdowały się wewnątrz pasów, których nie będziecie malować (w naszym przypadku białych). Po drugie - brzeg taśmy nie powinien pokrywać się z narysowaną linią. Musicie przyklejać taśmę w odległości ok 2 mm od linii - w ten sposób zostaną one zamalowane.
  5. Przy pomocy wałka pomalujcie pasy. Poczekajcie aż farba wyschnie (informacje o czasie znajdziecie na puszce) i nanieście kolejną warstwę.
  6. Kiedy farba jest jeszcze wilgotna odklejcie delikatnie taśmę malarską. Z tym krokiem nie możecie czekać do całkowitego wyschnięcia farby, bo istnieje ryzyko odprysków.

Gotowe!



Jak Wam się podoba taka dekoracyjna ściana? Po kilku miesiącach utwierdziłam się w przekonaniu, że był to faktycznie świetny pomysł, a nie chwilowa zachcianka kobiety w ciąży ;)

Pozdrawiam wrześniowo!
Ania

29 sierpnia 2016

krótka historia powstania wielkiej księgi inspiracji

krótka historia powstania wielkiej księgi inspiracji



O rety, rety! Na stronie Empiku ruszyła przedsprzedaż Wielkiej księgi inspiracji, której jesteśmy współautorkami! :D To, że książka już niedługo się ukaże zdradziłam w jednym z ostatnich postów. A teraz chciałabym Wam opowiedzieć jak to wszystko się zaczęło i jak przebiegała droga od otrzymania propozycji do wydrukowania książki. Kilka słów o przygotowaniach i pracy nad materiałem od kuchni, czyli krótka historia powstania Wielkiej księgi inspiracji.




Tylko wrzuć na Zszywkę!

Zakładając bloga chciałyśmy, żeby oprócz nas (i naszej kochanej Mamy) zaglądał tu ktoś jeszcze ;) Dlatego od początku wiedziałyśmy, że poza publikowaniem postów musimy zająć się także jakąś małą promocją. No i w ten sposób trafiłyśmy na Zszywkę. To było moje zadanie - zdjęcia z naszego bloga zamieszczać na portalu i tworzyć kolejne tablice inspiracji: z projektami DIY, przepisami, pomysłami na wystrój wnętrz... Przez kilka pierwszych miesięcy istnienia bloga często słyszałam od Ewy: Pamiętaj, żeby wrzucić zdjęcia na Zszywkę! Wrzucałam i wrzucałam aż na naszym zszywkowym profilu powstała całkiem pokaźna kolekcja. Liczyłyśmy na to, że dzięki niej ktoś trafi na Kokoshkę i może zostanie z nami na dłużej. Nigdy jednak nie pomyślałyśmy o tym, że prowadzenie konta na Zszywce zaowocuje propozycją stworzenia książki, a finalnie... jej wydaniem.


Mail z propozycją nie do odrzucenia

Przygotowując się do pisania tego posta, wirtualnie cofnęłam się w czasie i odgrzebałam maile dotyczące książki. Pierwszy z nich otrzymałyśmy prawie dwa lata temu, a dokładnie 26 września 2014 r. Była to wiadomość od Pani Doroty z portalu Zszywka, której fragment brzmiał tak:

Mamy dla Pań świetną wiadomość, a zarazem propozycję: chcemy zaprosić Panie do współpracy przy naszym nowym projekcie na ZSZYWCE – stworzeniu Książki inspiracji. Wspólnie z wydawnictwem Egmont planujemy wydanie niezwykłej książki, której autorkami będą wybrane użytkowniczki ZSZYWKI, posiadające własnego bloga i inspirujące innych ludzi swoimi pracami. Książka ma na celu ukazanie połączenia najlepszych pomysłów i cudownych inspiracji z dziedziny DIY.

Łoooo, książka, ale super, robimy, już, teraz! No nie do końca tak to wyglądało ;) Oczywiście spora dawka entuzjazmu była nie do uniknięcia, ale towarzyszyła jej całkiem duża porcja sceptycyzmu. Ta mieszanka uczuć nie wpłynęła jednak na trudność w podjęciu decyzji, bo prawie bez wahania postanowiłyśmy przyjąć propozycję. Zdawałyśmy sobie sprawę, że odmowa będzie czymś czego za jakiś czas możemy bardzo, bardzo żałować. Ale przyznaję że podchodziłam do całego pomysłu z rezerwą. No bo jak to? Własna książka? Taka prawdziwa, wydrukowana, do kupienia w księgarni? Z moim nazwiskiem na okładce? Niemożliwe...
Hej, to się dzieje naprawdę!

Od wspomnianej wiadomości minęło mniej więcej pół roku, kiedy to perspektywa stworzenia książki nabrała bardziej realnych kształtów. W mailowej korespondencji z wydawczyniami z Egmontu - najpierw z Panią Natalią, później z Panią Anią - pojawiły się konkrety dotyczące materiału w książce, prezentacji projektów i przewidywanej daty premiery. I właśnie wtedy, między wysyłaniem kolejnych maili, zaczęło do nas docierać: założenie konta na Zszywce może faktycznie stać się początkiem ciekawej historii i mieć finał na półkach w księgarni. W kwietniu 2015 r. przygotowałyśmy dwa pierwsze projekty i wysłałyśmy je do wydawnictwa. Nasza koncepcja się spodobała, materiał został zaakceptowany, a my mogłyśmy zabrać się do pracy. Pełną parą, na 100%!


Koronkowa bluzka, obrus w kwiatki i różowe paznokcie

W sumie do przygotowania miałyśmy 30 projektów, czyli 30 tutoriali z dokładnymi opisami kolejnych kroków, ładnymi zdjęciami i krótkimi wstępami. Etap pierwszy - planowanie (dobra organizacja to podstawa sukcesu :) ), które zaczęłyśmy od stworzenia listy projektów. Chciałyśmy, żeby były różnorodne (przedmioty dekoracyjne, jak i użytkowe), wykonywane wieloma technikami, przy wykorzystaniu różnych materiałów. Każdy projekt rozłożyłyśmy na czynniki pierwsze i rozpisałyśmy: co trzeba kupić, pomysły na nazwę, sposób fotografowania kolejnych kroków i zdjęcie gotowego przedmiotu. Strona wizualna była dla nas niezwykle istotna, dlatego dla każdego projektu zaplanowałyśmy także... bluzkę, którą będę miała na sobie podczas zdjęć, kolor paznokci i tło (np. obrus, podłoga, dywan).


Może trochę bardziej w prawo?

Etap drugi - wykonanie. Na przygotowanie wszystkich projektów poświęciłyśmy około trzech miesięcy - od czerwca do sierpnia 2015 r. Były to bardzo intensywne trzy miesiące. Przez te kilkanaście tygodni spotykałyśmy się praktycznie codziennie i pracowałyśmy nad książką. Projekty wykonywałyśmy razem, ja pozowałam do zdjęć, a Ewa fotografowała. Wieczorami Ewa obrabiała zdjęcia, a ja tworzyłam opisy i wstępy. Postanowiłyśmy, że nasza praca musi być wykonana perfekcyjnie, w najlepszy sposób na jaki nas stać. Dlatego nasze spotkania w dużej mierze składały się z poszukiwania właściwego kadru, przesuwania moich rąk to w prawo, to w lewo, tworzenia idealnego tła dla zdjęcia końcowego. Kombinowałyśmy do momentu, w którym nie zdobyłyśmy przekonania, że to jest właśnie to :)


Kilka zdjęć z kilkuset, które znajdziecie w Wielkiej księdze inspiracji







Cięzko mi uwierzyć, że od pracy nad książką minął już rok. Dla mnie to było super doświadczenie, fajna zabawa, choć niepozbawiona stresu, wątpliwości i drobnych poświęceń. Dzisiaj, pisząc tego posta wiem, że Wielka księga inspiracji jest już dostępna w przedsprzedaży, a wkrótce trafi na półki księgarni. Taka prawdziwa, wydrukowana. Ale widzieć swoje nazwisko na okładce to nadal dziwne uczucie :)

Buziaki!
Ania

22 sierpnia 2016

wyjątkowa okładka wyjątkowej książki

wyjątkowa okładka wyjątkowej książki

Już dłuższy czas nosiłam się z myślą odnowienia mojej wymęczonej Biblii. W ostanim poście  wspominałam, że wyszywanie skradło moje serce, więc postanowiłam zrobić prostą, zapinaną na zamek okładkę z haftem.

Wypada tu napisać kilka słów o książce, a raczej Księdze, która dostała nową okładkę. Jest to Księga zmieniająca życie. Są w niej słowa, które wyciągnęły mnie z ciemności. Historia Boga, który w swoim geniuszu, niezwykłej błyskotliwości i miłości zaplanował zbawienie człowieka i zapowiedział w szczegółach jak będzie to wyglądało. O Bogu, który przyszedł na świat w postaci człowieka i poniósł karę, na jaką to my zasłużyliśmy. A w tej historii najlepsze jest to, że jest ona prawdziwa. Do tego egzemplarza mam wyjątkowy sentyment. To moja pierwsza Biblia. Kupiłam ją kiedy się nawróciłam i towarzyszy mi ona już od kilku dobrych lat. Zdecydowanie zasłużyła na odnowienie :)

Po głowie chodziły mi przeróżne pomysły, w tym okładka z filcu lub pójście na łatwiznę i kupienie gotowego pokrowca. Jednak płócienna, haftowana okładka okazała się być najlepszym i najprzyjemniejszym w realizacji rozwiązaniem.

Wybrałam ścieg krzyżykowy. Często kojarzy on się z wyszywanymi obrazkami na babcinej ścianie. Osobiście nie jestem zwolenniczką płócien z gotowymi nadrukami, bo jest to raczej odtwórcze, niż twórcze. Chyba że chodzi tylko o walory uspokajająco-relaksujące wyszywania, wtedy... powiedzmy, że jest to akceptowalne ;)

Mimo niezbyt dobrych skojarzeń, nie odrzucajmy techniki krzyżykowej, bo pozwala ona dosyć łatwo zaprojektować określony wzór. Jeśli ktoś tak jak ja tworzył kiedyś pixelarty, na pewno wie o co chodzi :)


Moje pixelartowe twory sprzed 10ciu lat :)


Każdy krzyżyk to jeden pixel. Wystarczy  policzyć ile „krzyżyków” jest na wybranym formacie płótna. Następnie utworzyć rysunek (może być nawet w Paincie :)) o takich wymiarach i dać się ponieść wyobraźni. Oto mój wzór:






Wyszywanie też jest proste: wystarczy wyznaczyć środek a później... liczyć. I stawiać krzyżyki tam gdzie być powinny :)





Moja Biblia była zapinana na zamek i taką chciałam ją pozostawić :) Dlatego na koniec obszyłam mój twór ściegiem okrętkowym i przyszyłam razem z zamkiem do kartonowej okładki. Można zrobić alternatywną wersję wykorzystując dłuższy arkusz, tworząc coś na kształt okładki na zeszyt, jakie kupowało się za dawnych lat.





A oto efekt końcowy :)







Czy też maltretujecie (czytacie :)) Wasze Biblie? Jeśli nie, to najwyższy czas to zmienić! :)



Pozdrawiam <3

Ewa
Copyright © 2014 KOKOSHKA.PL , Blogger